po przygodach związanych z czwartkowym koncertem jutu przyszedł czas na wspomnieniową podróż po śląskich zakamarkach, regenerację i off festival. ale po kolei to było tak, że najpierw odwiedziłem zakład wulkanizacyjny w celu naprawienia unicestwionego koła. poszło miło i sprawnie, nawet dostałem 3 zapasowe maszynki do wentyli, 'na następne koncerty'. z zabrza pojechałem autostradą (a kiedyś tam była dziurawa wąska droga) do chorzowa, gdzie przypadkowo spotkałem dwoje znajomych, odwiedziłem okolice gimnazjum, przypomniały mi się stare dobre czasy... prezentuję zięziorko w chorzowskim parku róż.

wokół tego oto zięziorka biegaliśmy na wfie, no i nie tylko biegaliśmy. nie tylko na wfie... potem pozwiedzałem okolice stadionu, zobaczyłem wielką scenę na pustym stadionie. ona naprawdę była gigantyczna!
do mysłowic dotarliśmy... późno. i długo też nie zabawiliśmy, tego dnia zobaczyliśmy koncert
health, który mnie rozdrobnił na pył. ze sceny płynęły brutalne, ostre i szalone dźwięki. ale jednak bardzo skoczne i melodyjne. pełne szaleństwo, pełno zgrzytów, pełno jazgotów. tak! potem był czas na odwiedziny w festiwalowych sklepikach, paskudnie olbrzymie zakupy płytowe, rozmowy ze znajomymi. kolejnym piątkowym koncertem było
fucked up. miała być petarda, coś fajnego i świeżego - była nuda, napieprzanie bez litości i bez pomysłu. po trzech kawałkach odpuściliśmy. potem znów sklepiki i zupełnie przypadkowa wizyta na scenie miasto muzyki. tutaj miła niespodzianka - zespół zamiast grać na scenie, grał w piaskownicy, między ludźmi. prawdziwy pankrok! goście wyglądali, jakby ich z lat 80 wyciągnięto - mustache revolution, jak krzyczał lider zespołu. szalonego izraelskiego trio -
monotonix. muzycznie wielkie, pozytywne zaskoczenie. wizualnie... trochę gorzej, pan lider występował w samych slipkach i wyglądał, jakby miał je zaraz zdjąć. to był łogień!
dzień drugi, czyli sobota - zaczął się leniwie, nawet bardzo leniwie. do mysłowic mieliśmy dotrzeć koło 16, a dotarliśmy na 18, na koncert
crystal stilts. muzycznie zespół naprawdę brzmiał ciekawie, takie joy divison, słychać było też pink floyd i inne ikony. niestety, występ został nimiłosiernie zniszczony przez fatalnie nagłośniony wokal. w ciągu następnych dwóch godzin zobaczyliśmy fragmenty trzech świetnych koncertów.
handsome furs - energetyczny, elektroniczny duet. małżeństwo na scenie, rewelacyjnie zgrane. kolejnym zespołem był
woody alien - polski duet basowo-perkusyjny, jak to w gazetce gustaff records napisano - "zawał serca rozpisany na perkusję i bass". nic dodać, nic ująć. rewelacyjna energia, świetne brzmienie. na koniec, w trójkowym namiocie zobaczyliśmy
wildbirds&peacedrums - kolejny duet, tym razem urzekła mnie pani obdarzona nieziemskim głosem, śpiewała całą sobą. bomba!
po koncertach objechaliśmy jeszcze centrum katowic, a potem bawiłem się w hipnotyzowanie psa, który posiada adhd. no i udało mi się, bo szanowna tosia przez 10 minut siedziała, jak zaklęta.

i było jeszcze grane oglądanie dvd einstürzende neubauten z berlina, z 2004 roku. świetne wydawnictwo - jeden spośród wielu zakupów festiwalowych...
na niedzielne koncerty niestety nie dostaliśmy już biletów, wszystko wyprzedane. dlatego też było leniwie i trochę wspominkowo. zwiedzanie nikiszowca po kilku latach - tam się nic nie zmieniło. no, może poza stwarzanymi pozorami bezpieczeństwa

nadal jest szaro, ponuro, mrocznie...

w końcu, to nadal ten sam stary i poczciwy nikisz zalegający sobie w cieniu kopalnianego komina.

prawdopodobnie jest to jedyne miejsce, gdzie drogie samochody po prostu nie pasują i tworzą taki kontrast, że aż oczy bolą.

odwiedziliśmy również muzeum szyb wilson, gdzie wisiały malowidła ładne, mniej ładne i jeszcze mniej ładne. poza malunkami były też instalacje przeróżne i rzeźby wymyślne. jednak najbardziej podobał mi się ten plakat, bo rowery górą!

wieczorem pojechałem na brynów zobaczyć stare mieszkanie, baseny na rolnej i spotkać się z patrycją w panewnikach. się mi poprzypomniały stare, dobre czasy i aż mi się zamarzyło wrócić na śląsk. czemu nawet nie tak na stałe? to dobre moejsce do życia, o!
krzyśkowi dziękuję za towarzystwo w korkowaniu oraz podróżowaniu na śląsk.
iwonie, za przechowanie po jutu i wspólne oglądanie zdjęć.
ani, za jutu, zwiedzanie, przechowanie i za w ogóle towarzystwo. i ogórki od mamy. :]